środa, 4 czerwca 2014

TOP 5 alternatywnych, smutnych piosenek, których nie znałeś

Ahoj!
Dzisiaj mam wyjątkowo zły dzień. Jeśli kiedyś moje wnuki zapytają mnie "babciu, a jaki był najgorszy dzień w Twoim życiu?" bez wahania odpowiem, że ten. Cóż, każdy ma swoje wzloty i upadki- wszystko zalezy od tego jak szybko się z nimi upora i jaki ma na to sposób.
A no, sposobów jest kilka. Można włączyć sobie śmieszne kotki w internecie i zajadać się chipsami by w końcu poprawić sobie humor. A można też odpalić najsmutniejsze piosenki świata i przegryźć wszelkie zło tego świata. Ja (nie)stety jestem zwolenniczką drugiej opcji i kiedy mam zły dzień zamykam się w pokoju. A czego słucham? A bardzo smutnych rzeczy.
Właśnie się nimi podzielę.


1. Fismoll- Let's play birds

Pomyślałby kto, że to jest w stu procentach polski projekt? A właśnie, że jest! Aksamitny głos tego Pana często mi towarzyszy kiedy mam złe dni. I nie tylko, ponieważ cala płyta Fismoll idealnie nadaje się do nauki- jest nastrojowym tłem, ale nie przytłacza treścią i niezgrabną melodią. Studenci słuchajcie, bo teraz jest sesja!


2. Gotye- Bronte

Ja wiem, że tego Pana każdy zna i że pewnie już nim... Nie będę kończyć, bo to niekulturalnie. Mój stosunek do jego debiutanckiej płyty jest raczej ambiwalentny, bo "somebody that I used to know" przejadło mi się jak całemu narodowi polskiemu. Natomiast ten utwór jest absolutną perełką jeśli chodzi o całe wydawnictwo Gotye. Trzy razy "P"- posłuchać, polubić, polecać.


3. Ingrid Michaelson i Sara Bareilles- Winter song

Co prawda zaczął się czerwiec, ale jest jakoś chłodno. Jestem obeznana z twórczością tych młodych, uzdolnionych dam, ale piosenkę poznałam dzięki jednemu serialowi (American Horros Story, tak na marginesie... Polecam, bo dobry. Przynajmniej dwa pierwsze sezony.). Aż się ma ochotę zgasić światło, zakopać się pod kocem i rozmyślać, o wszystkim.


4. Placebo- Hold on to me

Fani Placebo podzieleni na zwolenników i przeciwników ich ostatniej płyty. Ja sama miałam mieszane uczucia po pierwszym przesłuchaniu tego wydawnictwa i to chyba ta piosenka urzekła mnie na tyle, by polubić "Loud Like Love". Chyba za bardzo lubię smutne piosenki i tym mnie można kupić. Wpasowali się w moje klimaty, daję okejkę!


5. The Lumineers- Slow it down

"Ho hey" nucił każdy. To był absolutny hit i nikt nie może temu zaprzeczyć. Szkoda jednak, że stacje radiowe zdecydowały się tylko na ten jeden singiel, a nie rozpowszechniły takiego małego arcydzieła w wykonaniu zespołu. Bardzo lubię takie głosy- przejmujące, w których często czuć tyle emocji. Takie, które niekiedy zahaczają o fałsz.



Tak się troszkę 'umartwiam' i jednocześnie odczuwam wielką radość, kiedy słucham takiej dobrej muzyki. I że dałam radę napisać tego posta, bo to przecież nie mój dzień. Pamiętajcie- Nie smućcie się! No chyba, że przy godnej muzyce.


środa, 28 maja 2014

Eez-eh, to Kasabian

Zbliża się czerwiec, a więc wszyscy fani muzyki alternatywnej (i nie tylko) z coraz większym zniecierpliwieniem czekają na Orange Warsaw Festival, który odbędzie się w dniach 13-15 czerwca. Ostatnio ktoś mi zadał pytanie "Dla kogo pobiegłabyś na Orange, gdyby znowu udało Ci się wygrać bilety?". Ja tam się z odpowiedzią nie wahałam ani chwili. Dla Kasabian.

Zespół odkryłam w 2009 roku, kiedy ukazał się ich trzeci album "West Ryder Pauper Lunatic Asylum". Płyta totalnie zawróciła mi w głowie- mieszanka elektroniki i neo-psychodeli z energicznymi, rockowymi riffami bardzo mnie urzekła.
Dwa lata później otrzymałam do rąk "Velociraptora!" i był to jeden z najlepszych urodzinowych prezentów. Płyta bardzo w klimacie. Tom Meighan z ekipą nie zawiódł swoich fanów i niedługo po wydaniu tego albumu zjawił się w Polsce na Heineken Opener Festival.

A niedawno zobaczyłam to...


Nowa twórczość zespołu w pierwszej chwili do mnie nie dotarła. Jakbym widziała znane mi dobrze twarze gdzieś, gdzie w życiu nie spodziewałabym się ich zobaczyć. Ale przesłuchałam nowy singiel drugi raz. A potem trzeci i czwarty.
Trochę więcej tu elektroniki i zabawy samym dźwiękiem. Dla kogoś, kto jest zaznajomiony z całą dyskografią Kasabian to mógł być duży szok. Jednak cała płyta '48:13' zyskuje po kilkukrotnym odtworzeniu.

Nic dziwnego, że jeszcze bardziej wyczekuję ich na OWF. Może znowu mi się poszczęści i wygram bilety- Ale wtedy zdam relację!

Ahoj!

czwartek, 22 maja 2014

Top 5 coverów, które umilą Ci majowe popołudnia

Ahoj!

Słońce praży, wzrasta sprzedaż lodów w sklepach... Nic tylko wyjść na świeże powietrze i korzystać z początków lata (prawie trzydzieści stopni, to nie przelewki!)! Ja jednak zamiast wylegiwać się na słońcu, zostałam pełnoetatową gospodynią domową- zrobiłam pranie, posprzątałam w szafie i ugotowałam obiad. Niby nic ciekawego, ale bawiłam się przednio. Głównie dlatego, że znalazłam sobie kilka ulubionych utworów w nowych aranżacjach. Takie piosenki umilały mi dzisiejszy dzień!


1. Disturbed- Land of confusion

Jestem wielką fanką Genesis. Dlatego reaguję alergicznie, kiedy widzę ich utwory w innym wykonaniu. Ba, uciekam wtedy w zupełnie inny zakątek internetu, by mieć do jak najdalej od siebie. A wersja Disturbed jest JEDYNĄ, która przypadła mi do gustu i mogłabym ją nawet zapętlić na swojej playliście. Wiecie, że moja pralka wiruje w rytm tej piosenki?


2. Glee cast- Baracuda

Gdyby ktoś nie wiedział- "Glee" to serial emitowany przez stację FOX, który opowiada o perypetiach młodzieży z licealnego chóru. Nic więc dziwnego, cały serial jest wypełniony coverami po brzegi. Było mi naprawdę ciężko wybrać tylko jeden utwór, który chciałabym tu przedstawić, ale duet Lei Michelle z Adamem Lambertem zdecydowanie mnie urzekł. Jako fanka klasycznego, starszego rocka (polecam dyskografię zespołu Heart, tak przy okazji), nie mogłam przejść obok tego wykonania obojętnie. A Adam jest takim moim guilty pleasure, muszę przyznać.


3. Bastille- Of the night

Niech Was nie zwiedzie tytuł, który Dan Smith z Bastille sprytnie skrócił. Piosenkę zna każdy. To niemal hymn muzyki dyskotekowej lat 90. Ostatnio nawet powrócił... Na pewno wszyscy widzieli filmik, który robi furorę w internecie "is this a ribuk or e najk". Tak, tak, to prawda. Bastille pokusiło się o własna wersję tego kultowego hitu. I dzięki Bogu, nie zrobili z tego 'odgrzewanego kotleta', a utrzymali to w swojej indie konwencji. chwała im za to. Na lato idealne!





   

 4. Joe Cocker- With a little help from my friends

Piosenkę The Beatles znają wszyscy. Absolutnie wszyscy, bez względu na wiek i pokolenie, z którego pochodzi. To jedna z takich piosenek, które będą grane w rozgłośniach radiowych zawsze i nikt nie pozwoli nam o niej zapomnieć. I gdyby nie ten utwór... Kto wie, może Joe Cocker nigdy nie zostałby zauważony? Może nigdy nie zrobiłby takiej kariery? A to by była wielka strata. Ten niski głos, ta męska chrypka.. Panowie, puszczajcie swoim kobietom Cockera, na pewno wszystkie Wasze winy będą darowane.




5. George Michael- Calling You

A to wersja dla tych, którzy lubią usiąść wieczorem z lampką wina, zrelaksować się, posłuchać czegoś, co dotknie ich duszy. Utwór z filmu "Bagdad Cafe" doczekał się wielu nowych wersji, ale chyba żaden cover nie dorównał temu, który 'popełnił' George Michael. Ja mam ciarki, za każdym razem kiedy tego słucham.



Moje misie najdroższe, miłego słuchania Wam życzę, jeśli tak jak ja spędzacie słoneczne popołudnie w domu. Jak widać, wcale nie musi być smutno, albo gorzej. Wystarczy odpowiednie muzyczne tło!


poniedziałek, 19 maja 2014

Euro-wizja czy Euro-perwersja?



Internet pęka już od artykułów na temat tegorocznej Eurowizji. I ja bardzo nie chciałam tego tematu ruszać, bo nawet świniom nie można dorzucać do koryta bez końca, nie zjedzą... Ale oglądam występ zwycięzcy/czyni po raz piąty i stwierdziłam, że ja też coś napiszę. A co.

Wielce oburzony jest Donatan, który zajął z Cleo dopiero 14 miejsce. Facet broni się tym, że rzekomo wygrała poprawność polityczna i miało to na celu pokazanie światu, że cała Europa jest już otwarta na środowiska LGBT, a polskie, zdrowe dziewczyny zostały zepchnięte na dalszy plan. Może i Donatan ma trochę racji, ale czy naprawdę jest sens słuchać kogoś, kto na równi stawia cielesność i seksualność kobiety ze słowiańskimi korzeniami?
Zastanawiam się od kiedy bycie PRAWDZIWĄ SŁOWIANKĄ jest jednoznaczne z posiadaniem okazałego biustu i jędrnych pośladków. Bo ja w tej 'twórczości' nie znalazłam żadnego odniesienia do Słowian jako takich. "My słowianki wiemy jak użyć mowy ciała, wiemy jak poruszać tym co mama w genach dała" niewiele mi mówi o słowiańskiej kulturze i historii. Conchita w końcu też może wiedzieć jak użyć mowy ciała, a Słowianką nie jest. Donatan to cwany lis- wybił się na kobiecych piersiach (jak wszyscy znani), ale nie wszyscy się zorientowali.
Nigdy nie miałam nic do ludzi o odmiennej orientacji lub charakterystycznym wyglądzie. Uważam, że to sprawa indywidualna kto nas pociąga i jak chcemy wyglądać. Teoretycznie więc powinnam być całym sercem za tegorocznym wyborem Europy. I narażę się pewnie ludziom jeśli powiem, że tak właśnie jest. Konkurs Eurowizji rządzi się swoimi prawami i określone utwory mają realne szanse na zwycięstwo- pompatyczne, podniosłe i niosące jakąś głęboką treść. Wyjątkiem był chyba tylko heavy-metalowy zespół Lordi. A wracając do wymogów konkursowych utworów.. Cóż, "Rise like a phoenix' jest idealną, eurowizyjną piosenką. Wurst może i wygląda jak wygląda, ale nikt nie może zarzucić jej braku umiejętności wokalnych czy słuchu. I w sumie tylko tyle powinno się liczyć.

A robienie medialnej sensacji z liczeniem głosów Donatanowi chyba na dobre nie wyjdzie. Zresztą tak jak bezprawne wykorzystywanie muzyki zespołu Percival. Kompozycje tego zespołu zostały przecież wykorzystane w "Równonocy", a nasz 'polski Timbaland' rzekomo nakłaniał zespół do zrzeczenia się praw autorskich. Piosenki dalej puszczają w rozgłośniach..

Podsumowując- Nie wiem o co tyle szumu, bo wygrana się Austrii należała. Trochę tylko nie rozumiem tej brody- no bo nogi i reszta ciała Conchity jest gładka niczym pupcia niemowlęcia. Ale nie wnikam, może po prostu jest jej z ta brodą cieplej.

Ahoj!

poniedziałek, 12 maja 2014

Zabawy studentów, czyli podsumowanie pierwszych warszawskich Juwenaliów



Maj w pełni, a to oznacza dwie rzeczy- Maturzyści przeżywają największy stres w swoim życiu, a studenci.. Cóż, bawią się. Bawią się w wielkim stylu i to tuż przed letnią sesją. W Polsce zaczął się właśnie sezon na Juwenalia!
W Warszawie już dwie uczelnie miały okazję zaserwować trochę rozrywki studentom (i nie tylko). O MEGAWACIE wspominać jednak nie mam zamiaru, ponieważ daleko mi do estetyki disco-polo, która jest tam promowana. 
Zjawiłam się więc na juwenaliach Uniwersytetu Warszawskiego, który w tym roku rozłożył swoją imprezę na dwa dni. W piątkowy wieczór czas umilali nam między innymi Poparzeni Kawą Trzy, Dawid Podsiadło i Łąki Łan. Wtedy wstęp na teren kampusu mieli wszyscy. Ogromnie zawiódł jednak Dawid Podsiadło, który wykorzystuje jak może swoje pięć minut sławy- nie zgodził się na transmisję koncertu w internecie, nie wyszedł na bis, a sam koncert właściwie nie porywał. Dawida słychać praktycznie nie było, a na 'Trójkątach i kwadratach' szło się popłakać, takie to było.. Słabe. Niestety. 
W dobry nastrój natomiast wprawili Poparzeni oraz Łąki Łan. Trafili do mnie bez problemu i nawet trochę potupałam, chociaż od takich aktywności stronię (mieć dwie lewe nogi i pecha.. Na pewno to znacie). 

A sobota? Po raz dwudziesty na UW pojawił się Kult, supportowany przez takie zespoły jak Radioaktywny Świat, Farben Lehre i Strachy na Lachy. Wielką odmianą było to, że drugi dzień był już biletowany. I jestem tym rozwiązaniem pozytywnie zaskoczona- bilety nie były drogie (studenci: 25 zł, pozostali: 45 zł) i znacznie zmniejszyło to 'sztuczny tłum' na takich wydarzeniach. Na koncercie zjawili się bowiem prawdziwi fani, którzy byli zainteresowani, aktywni i dobrze się bawili. Zdziwiła mnie frekwencja ludzi starszych, którzy studenckie lata mają za sobą- Świadomi słuchacze, którzy płacą za wydarzenia kulturalne, w których od początku do końca chcą uczestniczyć. Poza tym wzruszyłam się, że na tak kultowe w Polsce zespoły przyszły całe rodziny, a pokolenie młodsze ode mnie potrafiło zaśpiewać z Kazikiem każdą piosenkę.

Grabaż zawiódł. Naprawdę, lubię Strachy na Lachy, mam wielki sentyment, bo od tej muzyki zaczynałam kształtować swój obecny gust i przykro mi było, że wokalista podszedł do sprawy tak... Olewacko. Kiepskie bisy, wymuszone wyjście na scenę, niecała godzina koncertu, brak większej interakcji z publicznością. A to co powiedział w wywiadzie dla UniwerekTV pokazało go w kiepskim świetle. Wielkie ukłony dla muzyki, coraz mniejszy szacunek dla wokalisty.
Tylko Kazik mnie potrafił po czymś takim pocieszyć. Solidne dwie i pół godziny z największymi przebojami Kultu. Energia, moc, szaleństwo! Pomyśleć, że mając tyle lat Staszewski dalej skacze po scenie i zdziera głos konkretnie. Sam nawet przepraszał wszystkich za fałsze i niedociągnięcia. Najlepsze w tym wszystkim było to, że nikt na takie rzeczy nie zwracał uwagi.

Z kolejnych pozytywów to kwestie organizacyjne same w sobie. Powitała nas WYJĄTKOWO miła ochrona (której ewidentnie brakowało na zeszłorocznej edycji Orange Warsaw Festival), oświetlenie i rozmieszczenie całego miasteczka akademickiego. Poza tym najbardziej studentów ucieszył chyba fakt cen piwa (w końcu to wielkie juwenalia, a studenci muszą się przed sesją odstresować...). Sześć złotych to niewiele biorąc pod uwagę ceny tegoż trunku w stolicy. 

A że miałam okazję bawić się w strefie VIP... Cóż. Co dzieje się w strefie VIP, zostaje w strefie VIP. Juwenalia udane i Uniwersytet Warszawski wysoko ustawił poprzeczkę. Tym bardziej nie mogę się doczekać co zaprezentują nam kolejne uczelnie (w tym moje kochane UKSW). 

 Ahoj!

czwartek, 1 maja 2014

Mój Paolo, mój jedyny



(Źródło: flickr.com, autor: ElfieTakesPictures)


Muszę to przyznać- od 2006 roku mam swoją muzyczną miłość. Osiem lat minęło, ja się postarzałam, ale dalej ciesze się jak głupia gdy tylko słyszę głos mojego przyszłego męża (to nie podlega dyskusji. Żadnej.). Dryfuję po różnych stylach muzycznych, ale zawsze z przyjemnością  wracam do tworczości tego Pana, bo jest wyjątkowy.
Pochodzi ze Szkocji, ma włoskie korzenie i charakterystyczną barwę głosu.  Jego rockowo-bluesowe kompozycje zawróciły w głowach milionów kobiet. Autorskie teksty oparte na faktach z życia Pana Nutiniego niekiedy przyprawiają o dreszcze. Drogie Panie, facet stuprocentowy- Czuły i dobry, ale trochę zimny drań. Jakby nie patrzeć- Nakłamał dziewczynie, że ma 22 lata, mając ledwie osiemnaście. Tak to jest, jak chce się zaimponować starszej kobiecie.
Aż pięć lat kazał fanom na siebie czekać. Fakt faktem, ostatnia płyta nie była fajerwerkiem i nikt nawet nie próbował jej porównywać do jego debiutu, który rozszedł się jak świeże bułeczki. Taka przestroga dla… Właściwie dla wszystkich- piekielnie dobry głos nie wystarczy, żeby płyta była mistrzostwem. To akurat chyba zmora polskich artystów.
Kiedy usłyszałam, że 2014 rok to czas na „Caustic love”, skakałam z radości. Ale miałam też wielkie obawy. A co jeśli to będzie kolejna płyta, na której usłyszę cudowny głos i nic poza tym?  Na szczęście mój jedyny mnie nie zawiódł. Osiem lat, złamane serce, wzloty i upadki.. Na „Caustic love” Paolo nic nie ukrywa. To kolejna po „These streets” spowiedź kogoś, kto przeżył wiele. Kolejna spowiedź zimnego drania, który tak bardzo chciałby znaleźć w życiu swoja przystań. Tylko mu nie wychodzi.
Ale wydoroślał. To nie jest już monolog faceta po przejściach. To otwarty dialog, do którego zaprosił drugą stronę. Kobiecy pierwiastek czuć na tej płycie bardzo mocno- chórki nieprzypadkowo są kobiece. W 2014 roku zaczęły się liczyć uczucia drugiej strony.


Całą majówkę będę sobie z przyjemnością słuchała „Caustic love”, którą polecam wszystkim.  Niech się niesie fama, że Paolo to mistrz. Nawet umieszczę tutaj mój ulubiony utwór z nowej płyty.


środa, 23 kwietnia 2014

TOP 5 piosenek na chandrę

Niby wiosna w pełni, ale każdy z nas ma przecież te gorsze chwile. I różnie można sobie z nimi radzić- zatapiać smutki w jedzeniu, oglądać najgłupsze komedie albo skorzystać z uroków miasta. Mi jednak zawsze towarzyszy jakaś muzyka i to właściwie ona nastraja mnie na cały dzień. Dlatego z chęcią podzielę się tym, co leci w moim odtwarzaczu mp3 kiedy tylko dopada mnie zły humor. Po takiej dawce muzycznych endorfin nikt nie będzie się już smucił.


1. Mark Ronson & The Business Intl- Bang Bang Bang

Pana można kojarzyć z wspaniałą, nieżyjącą już Amy Winehouse, z którą producent bardzo długo współpracował. Całą płyta "Record Collection" jest moim zdaniem godna uwagi- latem te energetyczne utwory brzmią jeszcze lepiej!


2. Queens of the stone age- Make it with chu

To coś dla fanów mocniejszego grania. Joshh Homme i spółka wprawdzie nie biegają w różowych, odblaskowych leginsach na tęczowym tle i nie śpiewają o tym, że chmurki fruną a koniki hasają po polu.... Ale niewiele muszą robić, żeby słuchacze uśmiechnęli się szeroko.


3. Moby- The perfect life

Moby od zawsze był mi bliski. Może też dlatego, że słuchałam go jako mała dziewczynka razem z siostrą. I sentyment został. Ja mu wierzę, jak śpiewa, że "the perfect life is all I need". 


4. Die Antwooord- I fink u freaky

Muzyka dla ludzi o mocnych nerwach, dystansie do świata i dobrym gustem. Duet z Kapsztadu wykonuje rap-rave, ale łączy też w sobie różnokulturowe elementy muzyczne. Teledysk jest dla totalnych freaków, ale Die Antwoord nawet największego lenia pobudzą do pracy!



5. Pajujo feat. Chillu- Krążę po dźwiękach

I na koniec polski akcent, kto by pomyślał! Reggae słucham rzadko, fascynowałam się tym na przełomie gimnazjum i liceum, ale sentyment pozostał. Szczególnie jak słyszę tak dobry utwór i przecudowny głos Martyny w refrenach. Dziewczyna dołączyła do zespołu po swoim debiucie w "Bitwie na glosy", gdzie reprezentowała drużynę Kamila Bednarka. Oby tak dalej!

sobota, 19 kwietnia 2014

Stwórz zespół dla zabawy, a potem odnieś prawdziwy sukces

Zrobiło się już wiosennie i iście świątecznie. A ja zamiast malować pisanki i piec mazurki buszuję w odmętach internetu i szukam muzycznych inspiracji. To dziwne, że ostatnimi czasy brakuje mi już czegoś, nowego na swojej playliście, ale... Nie ma się czego obawiać. Rude zawsze znajdzie coś interesującego, czym się może z innymi podzielić.
Ostrzegam- będzie prawie że wulgarnie. Wszystko za sprawą KAKKMADDAFAKKA, którzy swoją muzyką roztapiają norweski śnieg. 
Ich historia sięga 2004 roku, kiedy bracia Axel i Pål, wraz z kolegami założyli zespół o tej wdzięcznej nazwie. Wszystko pięknie, cacy, a chłopcy zebrali się tylko po to, by zagrać jeden występ w młodzieżowym domu kultury. Ich energetyczny miks spodobał się publiczności w stu procentach i nie było już mowy o tym, by KAKKMADDAFAKKA odeszło w zapomnienie. Panowie wydali swoją pierwszą EP zatytułowaną "Already your favourite EP' w 2006 roku. Ich pierwszy longplay "Down to Earth" (2007) przyniósł im rozgłos w rodzimej Norwegii, pomimo wielu zarzutów i słów krytyki. 
Panowie wystąpili na wielu międzynarodowych festiwalach, a w 2008 roku zostali nominowani do MTV Europe Music Awards w kategorii "Najlepszy norweski zespół"
Ale..
Ich kariera nabrała jeszcze większego rozpędu, kiedy w 2011 roku pojawiła się ich druga płyta "Hest", produkowana pod skrzydłami samego Erlenda Øye, który jest też odpowiedzialny za ostatni,jeszcze ciepły album grupy zatytułowany "Six months is a long time".
Ich energetyczną muzykę można od razu pokochać, albo znienawidzić. I to chyba jest przepis na sukces- Wywoływać w ludziach tak skrajne emocje. 
Jeśli ktoś tych Panów nie zna, to ja polecam. I biorę za to na siebie pełną odpowiedzialność.

Jako, że Wielkanoc już w pełni i pewnie jesteście zmęczeni trzepaniem dywanów i myciem okien dorzucę Wam coś od KAKKMADDAFAKKA. Z przesłaniem, żebyście już nie byli tacy zmęczeni i żeby wasze nóżki tupały w rytm muzyki.



Najedzcie się, bardzo. Wszak najedzony człowiek, to szczęśliwy człowiek!


wtorek, 1 kwietnia 2014

Dobre i polskie

Od dawna już panuje przeświadczenie, że my Polacy nie umiemy robić dobrej muzyki, ta skończyła się przecież jakieś dwadzieścia lat temu i nawet kultowe zespoły (jak Lady Pank czy Perfect) nie są już w stanie wydać czegoś na poziomie. Mamy Dody, mamy Mandaryny, ale nie mamy muzyki.
Radia zostały nawet zobligowane do grania polskiej muzyki w większej ilości. I w ogóle jej nie słychać, chyba, że między godziną 1:00 a 6:00 rano. Nie dziwne, skoro nie mają czym pieścić naszych uszu.

A jednak, ja ostatnio wróciłam do tego tematu i znalazłam kilka perełek, które powinny podbijać listy przebojów. Szkoda, że zespoły te w dalszym ciągu niszowe i ma z nimi do czynienia wąskie grono osób. Chyba czas to zmienić!

Więc mój TOP 5 w polskiej muzyce przedstawiam tutaj. Na dowód, że się da.

1. Krzysztof Zalewski- Jaśniej

Nie każdy zdaje sobie sprawę, że z tym jegomościem już miał do czynienia. Długowłosy Krzysztof w ramonesce wygrał bowiem drugą edycję "Idola". Wydał płytę i... Słuch po nim zaginął. W końcu wrócił z nowym projektem, który zachwyca różnorodnością stylów, ale też instrumentów. Zalewski nie rozstał się z ukochaną gitarą, ale polubił się bardzo z klawinetem, który króluje w "Jaśniej".
"Zelig" to dziesięć magicznych utworów, które z każdym przesłuchaniem nabierają innych barw i znaczeń. Nazwa albumu nie jest więc przypadkowa.

(Zainteresowanych odsyłam do twórczości Woody'ego Allena i jego filmu "Zelig" właśnie.)


2. Mama Selita- Na pół

Tak bardzo dziwne. Tak bardzo dobre, co rzadko się zdarza biorąc pod uwagę fakt łączenia ostrych, gitarowych brzmień i rapu. Łatwo wtedy o pastisz, a raczej żadnemu muzykowi na tym nie zależy. Mama Selita wyszli jednak z tego pojedynku cało i wcale nie przecięli tysięcy serc na pół. Wręcz przeciwnie, chce się ich słuchać w kółko. Barwne porównania i inteligentny tekst, tego na polskim rynku muzycznym brakuje.



3. Mikromusic- Takiego chłopaka

Wystarczy kilka sekund by zakochać się bez pamięci w jej głosie. Czysty, anielski, delikatny. Ludzie powinni wariować na widok Mikromusic na scenie, bo ludzie znają się na rzeczy. Dowód na to, że nie potrzeba silikonowych wypełniaczy, dwudziestu tancerzy i diamentowego mikrofonu by 'robić' muzykę na poziomie.
Też bym chciała takiego chłopaka, wariata, który by zapętlał Mikromusic na swoim odtwarzaczu.



4. The Dumplings- Słodko-słony cios

Przywracają mi wiarę w młode społeczeństwo. Ciężko uwierzyć, że mają zaledwie kilkanaście lat, są zupełnymi samoukami i za każdy dźwięk są w pełni odpowiedzialni. Swoje pierwsze utwory nagrywali w domu, bez profesjonalnego sprzętu oraz szarży producentów i dźwiękowców. A ja niedawno powiedziałam, że współcześni nastolatkowie to prawie margines społeczny.. Wstyd mi, zwracam honor!


5. Tomasz Makowiecki- Holidays in Rome

Jestem tym Panem absolutnie zauroczona. Od zawsze. I naprawdę się cieszę, że zniknął na jakiś czas ze sceny, bo wypracował wyśmienity materiał. "Moizm" to w końcu to, czego Makowiecki zawsze w sobie szukał- jego prawdziwa natura, pozornie melancholijna, a jednak nieprawdopodobnie dzika. Pełna cieni i niedopowiedzeń, co słychać w każdym dźwięku. Miałam okazję być na pierwszym koncercie promującym tę płytę, stać w pierwszym rzędzie i słuchać...
Nie ma mowy, żebym była tutaj obiektywna. Tak bardzo dobra płyta.

wtorek, 25 marca 2014

Ołpenery i inne orendże


(Żródło: flickr.com, autor: Jakub Szestowicki)


Wiosna nadchodzi, robi się ciepło, słońce się do nas śmieje... To nie tylko czas, by odwiedzić kultowe schodki nad Wisłą czy wyciągnąć z szafy swoje rolki, ale też czas, kiedy festiwale nam kwitną. Jeśli chodzi o Europę, to eventów tego typu jest bez liku- mój ulubiony to V FESTIVAL organizowany w Wielkiej Brytanii, który w tym roku powita aż ponad 60 artystów, przedstawicieli muzyki popowej oraz alternatywnej (z Justinem Timberlake'iem i The Killers na czele). 
Jeśli zaś o Polskę chodzi... Statystyczny przechodzeń potrafi wymienić jeden. O dwóch to ja bym nawet nie marzyła. Mowa oczywiście o Heineken Open'er Festival i Orange Warsaw Festival. Oba na wysokim poziomie, oba warte (mimo wszystko) swej ceny. 

W tym roku na lotnisku Gdynia-Kosakowo będzie gorąco. Festiwal jest bowiem sygnowany najgorętszymi gwiazdami muzyki alternatywnej oraz indie-rockowej ostatniego roku, m. in.: Bastille, Foals, Foster The People, Metronomy, Rudimental czy MGMT. Organizatorzy postawili też na polskich artystów, takich jak Mela Koteluk, BOKKA, The Dumplings czy Misia Ff. Dla fanów cięższej muzyki legenda rocka- Pearl Jam.
Open'er 2014 będzie trwał aż cztery dni, a taka rozrywka będzie kosztowała fanów muzyki 550 zł.

Mistrzowie odpowiedzialni za OWF nie spoczęli na laurach. Poprzednia edycja festiwalu była wielkim wydarzeniem- Udało się bowiem ściągnąć do Polski Beyonce! W tym roku jednak również nie zabraknie znanych gwiazd. Co cieszy najbardziej? Różnorodność tegorocznych artystów. Ludzie z Rochstar Events zadbali, by w tym roku każdy znalazł coś dla siebie. Fani hip-hopu na pewno powitają gorąco Snoop Doga, Timbalanda, Jamala oraz legendarną formację Outcast. Florence and the Machine, The Kooks, The Wombats, Hurts i Miles Kane to naprawdę solidna dawka rozrywki dla tych, którzy hołdują muzyce indie. A dla żeby podgrzać atmosferę- Queens of the stone age, Kasabian, Kings of Leon, Pretty Reckless i Bring me the horizon.
Artystów tak wiele, więc i cena biletów znacznie wzrosła. Za trzy dni zabawy na Stadionie Narodowym trzeba będzie zapłacić ok. 579 zł. Ja osobiście mam nadzieję, że w tym roku kwestie stricte organizacyjne (jak przejście z płyty do toalet chociażby... Niby nic takiego, ale można się było nabiegać po całym Narodowym 'za potrzebą') będą rozwiązane nieco lepiej.

I na koniec mój absolutny faworyt wszystkich tegorocznych festiwali:




wtorek, 4 marca 2014

Powrót króla?

Pewnie wszyscy spodziewają się teraz Oscarowego posta, w którym swoim ciętym językiem skomentuję co się działo na gali i jak oceniam wybór laureatów. Muszę ludzi zmartwić- nie będzie oscarowego posta. Nie będzie, bo wszyscy piszą teraz o Oscarach. Jeśli dołożę do tego swoje trzy grosze to będzie istny armageddon.
Ale korci mnie tak bardzo, by chociaż napisać ze dwa zdania. Inaczej nie byłabym sobą.
Po pierwsze- niezmiernie się cieszę ze statuetki dla "Ona" za scenariusz, bo Spike'owi się należało, oj, należało mu się.
Po drugie- Leonardo Dicaprio. Serio. To już nawet nie jest śmieszne. Facet tak się stara, a wychodzi z Gali z pustymi rękoma. Dziwne, bo od roli w "Django" tak naprawdę zaczęła się jego kariera. To już nie żaden przypadek, to chyba klątwa "Titanica". Az mam ochotę biednego Leo przytulić, ugotować mu obiad i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

A przechodząc do konkretów, chciałam sobie dzisiaj trochę popłakać (dobór słownictwa nie jest przypadkowy) nad Arturem Rojkiem. TYM Rojkiem. Z Myslovitz.
2012 rok był smutny, bo wokalista stwierdził, że już nic lepszego z zespołem nie zrobi i chce zacząć swoją solową karierę. Drogi muzyków się rozeszły i tu polscy fani pewnie ryczeli nocami w poduszkę, zero przesady.
Ciężkie miesiące w studiu nagraniowym się skończyły. Król powrócił z singlem "Beksa", który ma promować jego solową płytę. Wokalista wylądował pod skrzydłami "Kajaxu", więc moje nadzieje co do płyty rosły i rosły..
Tak to jest, kiedy czeka się na coś z utęsknieniem. Oczekiwania rosną, poprzeczka idzie wyżej. Sam Rojek jest (był?) klasą samą w sobie. Stąd na mojej twarzy łzy rozczarowania, bo singiel nie porywa, a to delikatne stwierdzenie.
Jedyne co słyszę to przeraźliwe krzyki. Ktoś tam w tle ciągle krzyczy "BEKSA"  i "BEKSA" i ja już ledwo wytrzymuję. Twarda jestem, więc nie wyłączyłam przed czasem. Solowa płyta, artysta dojrzały (i stale dojrzewa), a ja mam wrażenie, że to będzie hymn zagubionych gimnazjalistów i wiecznych pesymistów. Straszna chała w głowie, że tak pozwolę sobie samego Rojka zacytować.
Jeśli ktoś jest natomiast fanem wideoklipów to jak najbardziej polecam teledysk. Fabularnie może nie porywa, ale reżyseria i montaż zasługują na pochwałę.



Ze mnie po tym poście będzie troszkę beksa. Ale w dalszym ciągu mam nadzieję, że ktoś po prostu niefortunnie wybrał utwór promujący. Album "Składam się z ciągłych powtórzeń" będzie miał swoją premierę 4 kwietnia tego roku.

niedziela, 2 marca 2014

Skunk Anansie zaskakuje. Akustycznie

(Źródło: flickr.com, autor: Alterna2)

Angielska grupa rockowa postanowiła zrobić nie lada niespodziankę swoim fanom. Znani z mocnego grania muzycy dadzą się poznać w nowej, akustycznej odsłonie. Pomysłodawczynią całego przedsięwzięcia jest wokalistka zespołu, Skin.
Idea nagrania materiału w delikatniejszej wersji narodziła się już w 2013 roku. Owocem ciężkiej pracy był ponad godzinny koncert, który odbył się 15 kwietnia w londyńskim Cadogan Hall- Siedzibie Królewskiej Orkiestry Filharmonicznej. Legendarne utwory w nowych aranżach zdobyły serca słuchaczy i nabrały nowej świeżości, której „Skunksi” tak gorąco poszukiwali.
Jest. Bum. Sukces. Sama Skin obawiała się tak ryzykownego kroku, mówiąc w wielu wywiadach o tym, jak łatwo można zniszczyć dobry rockowy utwór, zabierając mu jego mocną oprawę. A jednak, nieśmiertelne piosenki jak chociażby „Weak” czy „Hedonism” wyszły z tego pojedynku zwycięsko. Ba, fanom spodobały się chyba bardziej niż wersje dostępne na płytach.
Nic więc dziwnego, że Londyńczycy postanowili płynąć z nurtem rzeki i ogłosili początek nowej, akustycznej trasy koncertowej. I ku wielkiej uciesze polskich fanów, Skunk Anansie odwiedzą AŻ cztery miasta: Warszawę (5 marca), Zabrze ( 6 marca), Łódź (7 marca) oraz Poznań (8 marca).
Cena biletów oscyluje między 120, a 180 zł, które można kupić za pośrednictwem www.ebilet.pl , www.eventim.pl oraz www.ticketpro.pl

Kupować bilety, zabierać na koncert swoje kobiety. Przecież róże z okazji Dnia Kobiet to taki banał.